W niezrozumiałych atakach codziennie życie tracą ci, którzy na co dzień je ratują. Do brutalnej zbrodni na uniwersytecie doszło w dniu pogrzebu lekarza zamordowanego w trakcie pracy w szpitalu. „Rośnie przyzwolenie na przemoc, jesteśmy dla siebie coraz gorsi” – alarmuje psycholog społeczny.
Eskalacja brutalnej przemocy, zbrodni, zabójstw na niespotykaną dotąd skalę, w niespotykanych dotąd, przynajmniej wyjątkowo rzadko, miejscach, okolicznościach, środowiskach. Jeszcze nie umilkło – i słusznie! – powszechne oburzenie po licznych atakach na ratowników medycznych, a do makabrycznego zabójstwa doszło na kampusie Uniwersytety Warszawskiego. Na Krakowskim Przedmieściu, w stolicy państwa prawa, w centrum Europy.
Fala zbrodni nie do ogarnięcia „normalnym umysłem”
W styczniu podczas interwencji w Siedlcach zginął 62-letni ratownik medyczny, który został zaatakowany za pomocą ostrego narzędzia przez pijanego mężczyznę. W maju w Szpitalu Kolejowym w Pruszkowie agresywny pacjent, obywatel Ukrainy, pobił pielęgniarkę. W ostatnich dniach ataki na pracowników służby zdrowia zdarzały się również w innych placówkach, m.in. na oddziale ratunkowym w Łukowie (Lubelskie) czy w 5 Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Krakowie.
We wtorek 29 kwietnia w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie zginął 47-letni lekarz ortopeda Tomasz Sołecki. Lekarz został zaatakowany i dźgnięty nożem przez mężczyznę, który wtargnął do gabinetu podczas badania pacjentki. W środę 7 maja na cmentarzu Prądnik Czerwony (Batowice) w Krakowie odbyły się uroczystości pogrzebowe. Tego samego dnia o godz. 18:40 na terenie kampusu Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu doszło do makabrycznej zbrodni. W wyniku ciosów zadanych siekierą śmierć poniosła ok. 60-letnia portierka uniwersytetu, a członek Straży UW został ciężko ranny. Sprawca, 22-letni student prawa, został zatrzymany.
Życia to nie wróci i raczej też nie powstrzyma fali zbrodni.
Powszechne przyzwolenie na przemoc. „Jesteśmy dla siebie coraz gorsi”
Dlaczego tracą życie lub zdrowie stają się ci, którzy ratują życie i uczą, jak żyć? To nie przypadek, to element większej całości, obraz skali przemocy, a co gorsza – przyzwolenia na nią, która niczym gangrena trawi dziś nasze społeczeństwo.
Odwracamy głowę i przyspieszamy kroku, kiedy na naszych oczach ktoś bije dziecko, psa, kota, nauczyciela, emeryta, czy bezdomnego. Bo nieważne kogo, każdy jest istotą żyjącą, czującą, a już szczególnie ból i cierpienie. Podniecamy się niezdrowo skrolując kolejne krwawe nagłówki, patofilmiki, doniesienia o tym, jak to ktoś komuś coś. Nie oglądajmy się na boki – to my jesteśmy dla siebie coraz gorsi, coraz bardziej agresywni. Nie zwalajmy winy na podwyżki cen benzyny, koalicję i opozycję, inflacje i wojnę na Bliskim Wschodzie. To nie ja mówię, to twarde dane.
Zaledwie ok. 20 proc. Polaków uważa, że ludzie są z natury dobrzy (przy 70 proc. takich wskazań u Finów) – przypomina dla PAP prof. Wojciech Kulesza z Uniwersytetu SWPS. Jego zdaniem to efekt zmieniających się właśnie norm społecznych. “Jesteśmy dla siebie nawzajem coraz gorsi” – stwierdza.
Normy społeczne kształtują się w wyniku różnych mechanizmów. Jednym z nich jest proces stopniowego przyzwyczajania się do bodźców. Psycholog społeczny prof. Wojciech Kulesza tłumaczy to na przykładzie konsumowanie tekstów w internecie: czytając coraz bardziej agresywne treści, z czasem stajemy się na nie obojętni. Podobny mechanizm działa w przypadku własnych zachowań – najpierw można krzyknąć na innego kierowcę, potem zagrozić mu gestem, a w końcu wyjść z samochodu, by podjąć agresywne działania.
„Problemem (jest – przyp.red.) rosnące w społeczeństwie przyzwolenie społeczne na zachowania agresywne i przemoc. W efekcie określone grupy co pewien czas dość losowo odczuwają tego skutki. Teraz są to akurat pracownicy służby zdrowia, ale kiedyś mieliśmy falę ataków np. na nauczycieli” – powiedział PAP psycholog społeczny prof. Wojciech Kulesza.
“W psychologii społecznej mówimy też o desensytyzacji, kiedy znieczulam się na swoje zachowania i zachowania innych. Więc problemem często jesteśmy my sami, bo nie stawiamy sobie granic. Coraz częściej mamy poczucie, że wolno więcej. Jeżeli nie ma za coś kary, coś nie jest zabronione, to jest dozwolone” – dodaje prof. Kulesza.
Zaczyna się od przemocy słownej, hejtu, potem już można kogoś lekceważąco popchnąć, uderzyć, a na koniec… zabić? Sąsiad pobił swojego dziecko, znajoma z pracy nauczycielkę, pato-młodzieniec z internetów bezdomnego. I co? Rozeszło się po kościach, ewentualnie kara (nie)współmierna do winy.
Kamizelki nożoodporne dla każdego?
Doszliśmy już do momentu, w którym ratowników medycznych chce się ubrać w kamizelki nożoodporne, by umożliwić im ratowanie nam życia. Taki pomysł wysunął niedawno Narodowy Fundusz Zdrowia, proponując obowiązkowe wprowadzenie tychże do wyposażenia karetek.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Ratowników Medycznych stanowczo zaprotestował. I słusznie! Czy naprawdę mamy udawać, że problem leży w braku kamizelek, a nie w rosnącej brutalności społeczeństwa? Ratownicy wskazują, że źródło przemocy wobec nich to nie tylko patologiczne zachowania, ale także alkohol, choroby psychiczne i – co najbardziej uderzające – brak szacunku wobec służb publicznych.
Z kolei przedstawiciele Naczelnej Izby Lekarskiej proponują Ministerstwu Zdrowia m.in. stworzenie Rejestru Agresji w Ochronie Zdrowia, ściganie z urzędu gróźb karalnych wobec personelu medycznego oraz zastrzeżenie danych osobowych medyków.
Co będzie po brutalnej zbrodni na Uniwersytecie Warszawskim? Kamizelki siekieroodporne dla wszystkich pracowników naukowych? Stworzenie Rejestry Agresji w Szkole i Przedszkolu? A może obowiązkowy kask dla nauczyciela i kalosze?
To wszystko jedynie plaster na otwartą ranę. Potrzebujemy czegoś więcej. Prewencji. Edukacji. Systemowych rozwiązań, które wyeliminują zagrożenie u podstaw, a nie tylko przygotują nas na najgorsze. To nie ochraniacze powinny chronić ratowników (nie tylko ich zresztą!), ale społeczeństwo, które wie, jak docenić ludzi ratujących życie. Problem zaczyna się od braku szacunku – a kończy na nożu w rękach agresora.

„Przemoc to upadek rozumu”
„Przemoc tkwi w głowach ludzi, a nie w zaciśniętych pięściach” – pisze Jan Guillou w po części autobiograficznej powieści “Zło” o czternastolatku, który doświadcza przemocy w domu i w szkole i który według tych zasad nie chce żyć.
Oleju, a nie agresji, powinni do tych głów wlewać nauczyciele, ale i – a może przede wszystkim – rodzice. Wiem, to zabrzmi jak banalny cytat z kiepskiej rozprawki tegorocznego maturzysty wedle odchudzonej podstawy, ale ryba psuje się od głowy, praca zaczyna się od podstaw, a czym skorupka za młodu nasiąknie itd. – i jest to prawda.
Dziecko wystawione na przemoc i agresję w domu przynosi ją do szkoły, a zachowania tatusia wobec mamusi (i vice versa, to też się zdarza) powiela na kolegach i nauczycielach. Wspomniany wcześniej prof. Kulesza mówi również o zachowaniach naśladowczych i wpływie szeroko rozumianego autorytetu. Jeżeli rodzic dziecka może nawrzeszczeć na nauczyciela, zbluzgać go, to dlaczego ja nie miałbym zrobić tego samego. A potem przebić opony, wsadzić kosz na głowę… pobić? Z drugiej strony, jeżeli nauczyciel i wychowawca nie reaguje natychmiast i stanowczo na każdy, najdrobniejszy nawet przejaw agresji, przemocy – tak, przestępstwa – to jednocześnie daje na taką przemoc przyzwolenie.
Oczywiście, mamy ograniczenia, zaraz pojawią się głosy, że „nauczyciele niewiele mogą, bo prawo zabrania, bo przepisy, bo osąd społeczeństwa”. Tu wracamy do konieczności rozwiązań systemowych i powszechnych. Wprowadzanych jednak systematycznie, konsekwentnie, a przede wszystkim z głową. Nie ad hoc, jak z kamizelkami, czy rejestrami (z całym szacunkiem dla pomysłodawców, dobrze, że robicie cokolwiek), bo może zabraknąć kamizelek dla 38 mln Polek i Polaków, a pomysłowy szaleniec i tak trafi nas między oczy, a nie w kamizelkę.
Na 10 maja zaplanowano w Warszawie czarny marsz milczenia medyków. “Marsz będzie wyrazem solidarności, żałoby oraz apelu o szacunek i bezpieczeństwo dla wszystkich wykonujących zawody medyczne” – ogłaszają organizatorzy, czyli Naczelna Izba Lekarska, Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, Porozumienie Rezydentów oraz inne organizacje zrzeszające przedstawicieli zawodów medycznych.
Nie, nie chcę czarnego marszu milczenia nauczycieli. Ani milczącego protestu prawników, kierowników wydziału lokalowego, ekspedientek z dyskontu, LUDZI.
Bo ludzie nie powinni milczeć w obliczu zła i przemocy. Tylko tak jesteśmy w stanie powstrzymać falę zbrodni.
Andrzej Kwaśniewski